Przez kilka lat mój dzień zaczynał się i kończył tym samym gestem: odblokowaniem telefonu. Zanim jeszcze dobrze otworzyłem oczy, ręka sama sięgała po niego z nocnej szafki. Wieczorem było odwrotnie. Ostatnią rzeczą, którą widziałem, był jasny prostokąt w ciemnym pokoju.
Trzy, czasem cztery godziny dziennie. Tyle wychodziło, kiedy w końcu sprawdziłem. Nie w pracy, nie na czymś, co bym potem wspominał. Na przewijaniu. Na sprawdzaniu, czy coś się wydarzyło, choć nic się nie wydarzało. Było to męczące w dziwny sposób, bo niby nic nie robiłem, a wieczorem czułem się tak, jakbym cały dzień gonił coś, czego nie da się dogonić.
Nie wyrzuciłem telefonu. Nie o to chodzi. Chodzi o coś, co straciłem po drodze i czego długo nie umiałem nazwać.
Co właściwie tracimy
Najłatwiej powiedzieć, że tracimy czas. To prawda, ale nie najważniejsza. Czas da się policzyć, a ta liczba nas przeraża, więc na niej się zatrzymujemy. Trudniej zauważyć, że tracimy uwagę. A uwaga to nie drobiazg. To jest to, czym w ogóle jesteśmy obecni przy drugim człowieku.
Kiedyś robiłem zdjęcia. Reportaż polega na tym, żeby patrzeć tak uważnie, że dostrzega się rzeczy, których inni nie widzą, bo akurat się nie zatrzymali. Z czasem zrozumiałem, że telefon robi dokładnie odwrotną rzecz. Uczy nie zatrzymywać się nigdy. Każda chwila, w której nic się nie dzieje, każda cisza, każde czekanie na autobus zostaje natychmiast zalane, zanim zdąży się czymkolwiek stać.
I nie chodzi tylko o to, że przestajemy patrzeć na świat. Przestajemy patrzeć na ludzi.
Telefon na stole
Znasz to pewnie. Siedzisz z kimś, rozmawiacie, i nagle ekran obok talerza rozświetla się od powiadomienia. Nikt go nie wziął do ręki. Ale oboje na chwilę spojrzeliście. Rozmowa się nie urwała, a jednak coś się urwało.
Człowiek, który mówi do drugiego i widzi, że tamten zerka na telefon, dostaje bardzo prostą informację: to, co mówię, jest mniej ważne niż to, co może się tam pojawić. Nie trzeba tego mówić na głos. Ciało to wie. Aktywne słuchanie, ta umiejętność, której uczę się w gabinecie i którą uważam za jedną z najważniejszych rzeczy, jakie człowiek może dać drugiemu, nie istnieje przy podzielonej uwadze. Albo jestem z Tobą, albo jestem z telefonem. W dwóch miejscach naraz być się nie da, choć bardzo chcielibyśmy wierzyć, że się da.
Usłyszałem kiedyś zdanie, które chodzi za mną od tamtej pory. Że może dożyjemy czasów, w których wyciąganie telefonu w towarzystwie będzie traktowane tak samo jak zapalenie papierosa przy stole. Kiedyś palenie przy ludziach było normą i nikt się nad tym nie zastanawiał. Dziś wydaje nam się po prostu nie na miejscu. Mam nadzieję, że z telefonem pójdzie podobnie. Że kiedyś popatrzymy na to z tym samym zdziwieniem: jak mogliśmy robić to sobie nawzajem.
Co zrobiłem
Nie zrobiłem detoksu, nie wyjechałem na tydzień do lasu bez zasięgu. To zwykle nic nie zmienia, bo po powrocie wszystko wraca. Zrobiłem coś nudniejszego i trwalszego.
Zacząłem traktować telefon jak narzędzie. Narzędzie bierze się do ręki, kiedy jest potrzebne, i odkłada, kiedy zrobiło swoje. Nikt nie trzyma młotka w dłoni przez cały dzień na wszelki wypadek. Usunąłem więc większość tego, co było zaprojektowane tak, żebym nie mógł przestać. Wyciszyłem prawie wszystkie powiadomienia. Media społecznościowe ograniczyłem do takiego minimum, że dziś naprawdę mogę je otworzyć albo nie, zamiast patrzeć, jak otwierają się same.
Nie powiem Ci, ile minut dziennie wolno patrzeć w ekran, bo nie wiem i nie wierzę w takie liczby. Wiem tyle, że odkąd telefon przestał być pierwszym i ostatnim gestem dnia, mam więcej siebie. Dla ludzi i dla samego siebie.
Jest jeszcze jeden powód, ten, o którym myślę najczęściej. Mam dwoje dzieci, a dzieci nie uczą się z tego, co im mówimy. Uczą się z tego, co widzą. Kiedy widzą ojca, który co chwilę zerka w ekran, przyswajają, że tak właśnie się żyje, i robią to samo, zanim ktokolwiek zdąży im wytłumaczyć, do czego ten telefon w ogóle służy. To chyba ostatnia rzecz, jaką chciałbym im zostawić.
Dlaczego o tym piszę
Piszę o tym na stronie psychoterapeuty nie przez przypadek. Uwaga jest rdzeniem tego, co mogę dać drugiemu człowiekowi w gabinecie. Pięćdziesiąt minut, w czasie których ktoś ma mnie całego, bez zerkania, bez „sekundka”, jest dziś rzadkością. Ludzie przychodzą po różne rzeczy, ale między innymi dostają właśnie to: kogoś, kto przez chwilę naprawdę jest.
Higiena cyfrowa nie jest dla mnie modą ani kolejnym obowiązkiem do odhaczenia. To pytanie o to, na co i na kogo chcę patrzeć, póki mam jeszcze wybór.
Nie chcę kończyć radą, bo nią nie jestem. Powiem tylko, jak jest u mnie dzisiaj. Kiedy siadam z kimś bliskim, telefon coraz częściej zostaje w drugim pokoju. Czasem zapominam o nim na cały wieczór. I to są te wieczory, które potem pamiętam.