„Jak się czujesz?”
„Dobrze.”
To chyba najczęstsza wymiana zdań między mężczyznami, jaką znam. Pada pytanie, pada „dobrze” albo „normalnie”, i obaj wiedzą, że to nie cała prawda, ale obaj też wiedzą, że nikt nie pociągnie tematu dalej. Nie dlatego, że faceci kłamią. Dlatego, że często naprawdę nie ma za tym żadnego słowa. Pytasz mężczyznę, co czuje, a on nie tyle nie chce odpowiedzieć, ile nie wie. Coś się w nim dzieje, jakiś ciężar, jakieś napięcie, ale to nie ma jeszcze imienia.
I tu chciałbym powiedzieć jedną rzecz tak prosto, jak umiem. To nie jest wada.
Gdzie miałbyś się tego nauczyć
Zastanów się przez chwilę, kiedy właściwie chłopak miałby się nauczyć nazywać to, co czuje. Większość z nas wychowała się na kilku prostych komunikatach: nie becz, chłopaki nie płaczą, ogarnij się, bądź twardy. Uczucia były czymś, co najlepiej schować, bo pokazane znaczyły słabość. Dziecko, które słyszy to wystarczająco długo, robi rozsądną rzecz: przestaje zwracać uwagę na to, co w nim siedzi. Po dwudziestu czy trzydziestu latach takiego treningu mamy dorosłych mężczyzn z bogatym życiem wewnętrznym i czynnym słownikiem złożonym z dwóch słów: „dobrze” i „wkurzony”.
To nie jest uszkodzenie charakteru. To brak umiejętności, której nikt nie pokazał. A umiejętności da się nauczyć w każdym wieku, choć później idzie to wolniej i mniej wygodnie.
Psychoterapia indywidualna
Chcesz o tym porozmawiać?
Pracuję z dorosłymi w Warszawie i online. Sesja trwa 50 minut. Zostaw kontakt, a odezwę się zwykle w ciągu jednego dnia roboczego.
Sami obok siebie
Do tego dochodzi coś jeszcze. Mężczyzna bywa dziś samotny w bardzo konkretny sposób. Nie chodzi o to, że nie ma wokół siebie ludzi. Ma kolegów z pracy, znajomych do piłki, ekipę na grupowym czacie. Ale rzadko ma choć jedno miejsce, w którym wolno powiedzieć „nie wiem, jak żyć” i nie usłyszeć w odpowiedzi żartu albo szybkiej rady.
Bo faceci wiążą się ze sobą bokiem. Rzadko siadamy naprzeciw siebie, żeby pogadać o tym, co trudne. Częściej robimy coś razem i gdzieś między jednym a drugim wypada półzdanie prawdy. W kościołach od lat krąży dowcip, że najlepsza grupa modlitewna dla mężczyzn to taka, w której można skosić trawę albo odmalować salkę. Jest w tym sporo racji. Mężczyzna częściej otwiera się w działaniu niż w kręgu ustawionych krzeseł.
„Terapia to nie dla mnie”
I tak dochodzimy do najczęstszego oporu, jaki słyszę od mężczyzn. Że terapia to nie dla nich. Że to godzinne roztrząsanie uczuć, babskie gadanie, grzebanie w dzieciństwie bez końca. Rozumiem, skąd to się bierze. Takie wyobrażenie krąży, a niejeden facet wychodzi z założenia, że albo umie pięknie mówić o emocjach, albo nie ma o czym rozmawiać.
Tyle że to nieprawda. Owszem, czasem trzeba coś przegadać. Ale rozmowa nie jest jedynym sposobem, żeby przeżyć emocję. Czasem rusza ją dopiero ciało: wysiłek, ruch, oddech, czasem łzy, które przychodzą bez zapowiedzi i same się dziwią, skąd się wzięły. Nie jesteśmy tylko głową. Praca nad sobą to nie konkurs elokwencji. To raczej powolne uczenie się, żeby zauważać, co się ze mną dzieje, i przestać przed tym uciekać.
Po co więc przychodzić
Skoro nie po to, żeby Cię naprawić, bo nie jesteś zepsuty, to po co. Po to, żeby lepiej zrozumieć siebie. Żeby wiedzieć, skąd biorą się Twoje decyzje, czego naprawdę chcesz i co Tobą rządzi w chwilach, gdy wydaje Ci się, że to Ty rządzisz. Żeby przestać być dla samego siebie obcym facetem, którego znasz tylko z zewnątrz.
I żeby zrobić to w relacji z drugim człowiekiem, który nie oceni i się nie wzdrygnie. Sam jestem mężczyzną i sam jestem w drodze, więc nie usiądę naprzeciw Ciebie jako ktoś, kto wszystko już sobie poukładał. Raczej jako ktoś, kto zna ten teren.
To, że nie umiesz nazwać tego, co czujesz, i że nie masz komu o tym powiedzieć, nie znaczy, że coś z Tobą nie tak. Znaczy tylko, że nigdy nie miałeś gdzie się tego nauczyć.
A tego można się nauczyć. Nawet jeśli zaczynasz od „dobrze” i „wkurzony”.
